Maj
08
18

ICELAND II źródła i wodospady

Islandia Dzikie Historie roadtrip camping sesja na Islandii Seljalandfoss Skogafoss gorące źródła Vik wodospady

Oto i nastał : poranek na nieznanej ziemi. Ambitny plan pobudki o wschodzie spełzł w strugach nadal siąpiącego deszczu. W świetle dnia, widok ukazał nam jeszcze jeden wodospad, położony tuż obok naszego obozowiska.Po pogawędce z miłymi gospodarzami postanowiliśmy wybrać się na rekonesans.Zanim wyruszymy w drogę, może kilka słów o polach campingowych.
Nie wiedzieliśmy za bardzo czego się spodziewać poza tym,że gdzieś tam są. Mieliśmy mapkę i niejasne przewidywania, że część może być jeszcze nieczynna (byliśmy poza sezonem, w maju).  Czy są nadzorowane 24/h? Czy będziemy mogli o dowolnej godzinie się rozbić? Co z łazienkami? W myślach ratowały nas tylko publiczne baseny.
To co zastaliśmy miło nas zaskoczyło. Np. poniższy obiekt (czyli Hamragardar camping), w którym się znajdowaliśmy, posiadał przestronną, ocieplaną kuchnię z pełnym wyposażeniem. Pryszniców akurat nie znaleźliśmy, ale umywalka w kabinie dla inwalidów w zupełności wystarczy gdy wzywa przygoda.


Na pierwszy ogień poszedł nas sąsiedni przyjaciel, czyli Gljúfrabúi. Jak Google informuje, wewnątrz można zrobić spektakularne ujęcia z czego oczywiście nie skorzystaliśmy bo nie wiedzieliśmy jak wejść/nie mielimy gumiaków. O, sami zobaczcie : o tu

Do Seljalandfossu był dosłownie o 3 rzuty kamieniem więc zrobiliśmy sobie spacer.

Tak, powracamy w to samo miejsce, które już znacie z poprzedniego postu. Najbardziej charakterystyczne dla Seljalandfossu jest to,że można obejść go dookoła. Na pewno go kojarzycie.
Zastaliśmy tam znaczą grupkę turystów, którzy dla idealnego zdjęcia potrafili się zmierzyć z falą opadających na nich kropel. Wiadomo, że nie byliśmy gorsi.

Gdy napstrykaliśmy się wystarczająco dużo, zapakowaliśmy nasze manele i pojechaliśmy w stronę dzikiego SPA, czyli najstarszego outdorowego basenu wyspy. Przez przypadek zajechaliśmy dalej niż trzeba było i wylądowaliśmy obok Skogafossu. No cóż i tak się tam wybieraliśmy więc uznaliśmy,że gorące źródła (gorące… o słodka naiwności) będą idealną okazją na późniejszy popas i uderzyliśmy na parking. Ilość wodospadów w przeliczeniu na 1 godzinę już była miażdżąca w porównaniu do moich dotychczasowych dokonań eksploracyjnych (na tyle,że na kolejne reagujesz tylko „meh”).

Wbrew temu co widzicie naokoło, byliśmy w zmasowanym tłumie, który grzecznie (lub mniej) ustawiał się w kolejce do zdjęć. Ponownie, bo kolejnych timelapsach, ujęciach solo, w parze i innych kombinacjach (Michał oszalał, miał podjarkę niesamowitą) , nasyceni w wystarczającym stopniu, myślami  wygrzewaliśmy się w rozkosznej, górskiej wodzie. Nie wiedzieliśmy, że jeszcze tego samego dnia będziemy zmuszeni do Skogafossu wrócić.

Droga do Seljavallalaug wiodła przez żwirową, kamienistą drogę, która trochę poharatała nam auto. Do samego basenu trzeba było jednak jeszcze trochę przejść i jak się okazało, przeprawić przez rzekę. Ta, choć wyglądała mocno niepozornie była mocno rozlana i mamiła głazami i kamykami po których można było bez problemu przeskoczyć, to no właśnie, mamiła.
Średnio uśmiechało mi się brodzić w lodowatej  wodzie więc postanowiłam poprzeskakiwać z wysepki na wysepkę. To był głupi pomysł, nie dziwota.  Damian, który wybrał drogę przez mały,rwący wodospadzik przebył z odsieczą ciągnąc mi pomost ale było już za późno.W wodzie i tak i tak wylądowałam więc musiałam zmierzyć się z rzeczywistością, których wynikiem były przemoczone buty i skarpety. Pocieszaliśmy się,że przez trudności na trasie sporo osób zrezygnowało z dalszej wędrówki i będzie dla nas więcej miejsca na basenie.

Rozkosznie, prawda? Nie! Internety kłamią,instagram kłamie, influecerzy też. Woda była bardzo,bardzo zimna a jedynymi dojściami wrzącej (!) wody, podchodzącej z źródła była powyższa rura. Nie wystarczała do ogrzania całego zbiornika, więc kuliliśmy się przy niej jednocześnie uczepiając się brzegu, by nas nie wciągnęły oślizgłe odmęty omszałej wody. Jak przystało na polaczków cebulaczków ostatnią satysfakcję czerpaliśmy ze zdziwionych pokrzykiwań ludzi, którzy się zanurzali. I tak, cieszyliśmy się względnym spokojem, można powiedzieć,ze basen był nasz. Nikt zbyt długo w nim nie wytrzymywał.


Z poczuciem rozgoryczenia i oszukania jakoś przetransportowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do Vik, na przerwę obiadową, przy okazji rozglądają się za noclegiem. Tu jednak nas czekał zonk. Camping w Viku był oficjalnie nieczynny, nie mogliśmy odnaleźć pobliskiego hostelu (co jest co najmniej śmieszne w tak małej mieścince), a kolejne, potencjalne miejsca były zbyt odległe. Ale jeść też trzeba. Znaleźliśmy karłowate drzewko, które posłużyło nam za wieszak i poczęliśmy obiadować.
Wylecieliśmy z Polski zaopatrzeni w spore zapasy jedzenia :  w saszetkach,torebkach,puszkach etc.
Pro tip nr2 :Kurczak Tikka masala z Lyofoodu do dziś mi się marzy. Zainteresujcie się ich produktami, jeśli będziecie gdzieś wyjeżdżać w teren.
Pro tip nr3: zakupiliśmy 2 butle gazowe do palników turystycznych. Choć codziennie coś pichciliśmy, gaz zużył się w znikomym stopniu, a na niemal każdym campingu można znaleźć napoczęte butle do zabrania za free. Uczcie się na naszych błędach – jedźcie na camping i weźcie sobie używaną.

Po odpoczynku wjechaliśmy na „punkt widokowy” Vik by zobaczyć panoramę miasta i najbliższe otoczenie. W oddali można dostrzec kolejny punkt programu, czyli Reynisfjarę, najsłynniejszą czarną plażę. Cofając się w przeszłość, nasza paczka już za kilkanaście minut będzie podziwiać niesamowity zachód na południowym wybrzeżu ale Wy musicie jeszcze trochę poczekać.

Pozostałe części z cyklu znajdziecie tu :

ICE LAND I prolog
ICE LAND III o czarnych i niebieskich plażach
ICE LAND IV w drodze

Jesień w Chatce Puchatka, czyli kulisy sesji wyjazdowej

TAGS:

POPRZEDNIA HISTORIA
NASTĘPNA HISTORIA
WPISZ CZEGO SZUKASZ